O cukrze, jeźdźcu i niesfornym koniu…

I Warszawski Bieg Mikołajów już za nami. Za mną też. Jeszcze kilka dni temu, kiedy to za oknem szalał Ksawery, obawiałam się o pogodę na niedzielę. W niedzielę rano przed zawodami stał się cud – zamiast szalejącego wiatru, był jedynie lekki przymrozek (ok. -3°C) i świeciło piękne słońce. Pogoda wprost idealna na dobry bieg a nawet i piękną życiówkę. Niestety, mimo dopisującej aury i mimo iż byłam wypoczęta nie miałam zupełnie siły…brakowało mi paliwa – cukru, którego jako osoba chora na kandydozę nie mogę spożywać. Tyle się słyszy, że ściana to zjawisko maratończyków. Ja dziś przekonałam się, że dotyczy ono także i tych, którzy biegają na krótszych dystansach.

Początkowo moim celem było ukończenie biegu w 60 min i pobicie życiówki jaką wydreptałam na „Biegnij Warszawo” wynoszącej 71 min. Dla zaprawionych w boju biegaczy to żaden wyczyn, wprost śmieszny, ale nie dla mnie, bo biegaczem jestem nadal raczkującym. Im dalej biegłam, tym coraz mniej sił miałam. Cel zmieniłam na „byle tylko dobiec”. Niestety musiałam też wspomóc się cukierkiem przez co złamałam jedną z najważniejszych zasad przy diecie osób chorych na kandydozę… O tym jak ciężko żyje się bez cukru możecie przekonać się sami, odstawiając go choćby na tydzień…I nie wystarczy tu tylko przestać słodzić herbatę czy kawę…

Ogromnie wdzięczna jestem Docie,  maratonce i blogerce z http://oneginetatopa.blogspot.com, która zgodziła się mnie poprowadzić. Gdyby nie jej „Aśka nie wygłupiaj się”, „Asia dasz radę” i jej wiecznie spoglądanie na magiczny zegarek a przy tym komentarze typu „biegniemy za wolno” a potem „gdzie tak lecisz”, które to doprowadzało mnie do szewskiej pasji, być może dobiegłabym jako ostatnia.

Niesforny koń (czyli ja) wybiegałam swoją życiówkę (65 min) a przy tym nie rozdeptałam bardzo zawziętego  jeźdźca (Dota), któremu należy się podwójny medal.

Jeśli chodzi o organizację, to wszystko przebiegało dość sprawnie. Odbiór pakietów był czystą formalnością, podpis pod oświadczeniem, okazanie dowodu osobistego i torebka z pakietem moja. Wewnątrz numer startowy z bonem na posiłek regeneracyjny, wielkie agrafki, zwrotny chip do pomiaru czasu, czapka mikołajkowa i kilka mało ciekawych ulotek. Żadnych kolejek. Jako, że bieg odbywał się na Torze Wyścigów Konnych na Służewcu nie było też najmniejszych problemów z parkowaniem.

Bieg rozpoczął się punktualnie o godz. 12:00. Dystans 10K składał się z czterech okrążeń po 2,5 km. Trochę monotonnie i niestety po zaśnieżonej trawie, więc biegało się dość ciężko. Na mecie każdy z rąk wolontariuszy otrzymywał medal. Piękny! Z zasłużonym medalem sru do kolejki po posiłek. Do wyboru była kiełbasa z grilla lub kaszanka, chleb (ten był na drożdżach a ja mogę tylko na zakwasie), dwie drożdżówki z jabłkiem (cukier i drożdże, których mi nie wolno) herbata lub kawa (herbaty czarnej nie mogę, kawy też nie). Tu drugi raz zgrzeszyłam, zjadłam chleb i drożdżówkę. Byłam już tak zmęczona, że było mi wszystko jedno. Jeśli chodzi o wydawanie posiłków to dużo lepszym rozwiązaniem byłoby ustawienie stoisk w jakimś pomieszczeniu, bo kiedy rozgrzany człowiek dostaje zewsząd zimne chłosty od wiatru jest mało przyjemnie.

Po posiłku odbyło się oficjalne ogłoszenie wyników i puchary wraz z nagrodami dla najlepszych. Bardzo fajnym pomysłem organizatorów, okazało się dodatkowe losowanie nagród, dzięki czemu każdy z biegaczy miał szansę coś wygrać. I tu nawet do mnie szczęście się uśmiechnęło, bo wygrałam kurs fotografii, a zawsze o tym marzyłam!

Ogólnie mówiąc bieg trudny ale za rok chciałabym wystartować ponownie 🙂

 

 

3 przemyślenia o “O cukrze, jeźdźcu i niesfornym koniu…

  1. He, he, po pierwsze gratuluję, po drugie następny razem jak będziesz się słuchać to będzie w 100% zgodnie z planem!
    Do zobaczenia na kolejnych startach i metach:)

Dodaj komentarz