4. PKO Wrocław Półmaraton – relacja

4. PKO Wrocław Półmaraton to trzeci mój krok do zdobycia tegorocznej Korony Półmaratonów Polskich, siódmy oficjalny bieg nocny, drugi oficjalny bieg poza Warszawą i… być może początek nowego, biegowego rozdziału. A może by tak darować sobie te wszystkie coraz bardziej skomercjalizowane warszawskie biegi i zacząć biegać poza stolicą?

Kiedy tylko pojawił się w mojej głowie pomysł, by spróbować swoich sił i zdobyć KPP, na szybko przejrzałam listę biegów wchodzących w skład korony. Kaśki długo namawiać nie musiałam. Po krótkiej naradzie wybrałyśmy trzy biegi, które według regulaminu musiały być ukończone i dwa, które wybrałyśmy sobie z listy same, wśród nich półmaraton wrocławski. Od samego początku wiedziałam, że TEN będzie „naj!”. I był…

Krótko po tym, jak ruszyły zapisy okazało się, że ja jestem na liście startowej, Kasia nie. Pakiety na bieg rozeszły się w mgnieniu oka. Lekka panika – co robić? W głowie szukam rozwiązań – albo rezygnuję i szukamy szczęścia gdzie indziej, w końcu to nasz wspólny cel, albo ja biegnę, a Kasia jedzie jako kibic (ta opcja znika tak szybko jak się pojawia, przecież chcemy zrobić to razem!), albo próbujemy zdobyć pakiet, być może ktoś zechce sprzedać. Przejrzałam na szybko grupy biegowe na fb szukając ogłoszeń o sprzedaży, nie byłam jedyna w potrzebie. Póki co jedna oferta… 1 tys. za pakiet (tak, tak, tysiąc złotych!!). Komentarza brak. Krótko po tym, z pomocą przyszedł Grzegorz Kuczyński z Fundacji Białystok Biega, który zaoferował przekazanie pakietu w imię spełnienia marzeń! Szok i niedowierzanie! W dzisiejszym świecie istnieją jeszcze ludzie, którzy zupełnie bezinteresownie chcą pomagać!

Jedziemy!!!!!!!!!!!!

1

18 czerwiec, godz.12:05 ruszamy z Warszawy, o 17:22 jesteśmy we Wrocławiu, stolicy Dolnego Śląska. Słońce, niebo bezchmurne, jest cudnie!

Czas odebrać pakiety, co jak się okazuje wcale nie jest taką prostą sprawą. Z wydrukowaną mapką i wskazówkami dojazdu dojeżdżamy do wrocławskiego zoo, czyli w zupełnie przeciwnym kierunku ! Jakim cudem? Tego nie wiemy do dziś 🙂 Totalnie dookoła udaje nam się w końcu dotrzeć do biura zawodów. Wysiadamy z tramwaju i… oberwanie chmury, do tego burza. No nic, chowamy się pod daszkiem i grzecznie czekamy – oby to nie był zły omen. Żeby tylko nie padało podczas biegu… Po mniej więcej 40 minutach zaczyna się przejaśniać – uff!

2

Odbiór pakietów odbywa się szybko i sprawnie. W środku przydzielonego worka znalazł się numer startowy z imieniem i nazwiskiem zawodnika, techniczna koszulka na ramiączkach i kilka drobiazgów od sponsorów – dwa rodzaje chrupek, żel energetyczny, piwo bezalkoholowe i kilka ulotek. W ostatniej chwili dołączamy też do akcji charytatywnej „Biegnę dla Oliwki”, w ramach której sponsor, Fundacja PKO Banku Polskiego, przekaże określoną kwotę pieniędzy potrzebną na operację dziewczynki, w zamian za deklarację uczestnictwa w akcji danego biegacza.

Z przewieszonymi przez ramię pakietami ruszamy ponownie w kierunku centrum, by tym razem posilić się przed biegiem. Wybór pada na jedną z wrocławskich „suszarni” o dziwnej nazwie „Szajnochy”. Zamawiamy lemoniadę, zestaw sushi do podziału i tatara z łososia (osobna relacja z wizyty już niebawem!). Najedzone i zadowolone pakujemy się do tramwaju jadącego w kierunku miasteczka biegowego. Start za 1,5 godz, a jeszcze wypada się przebrać i ogarnąć depozyty. Środki transportu pękają w szwach, dosłownie. Nie każdemu udaje się wsiąść, niektórzy decydują się na wycieczkę pieszą (ok 7 km).

5

Wrocław, restauracja sushi Szajnochy, fot. Joanna Schrade

Start w okolicach Stadionu Olimpijskiego zaplanowano na godz. 22:00. Najpierw elita, niedługo po nich kolejne strefy. Bez totalnych planów czasowych, ustawiamy się z Kasią w „strefie komfortu”pomiędzy grupą turystyczną (tak – grupą turystyczną!) a ostatnią grupą, która planuje pobiec Galloway’em, a którą prowadzi pacemaker w sandałach!

3

Wrocław, pacemaker w sandałach, fot. Joanna Schrade

Grupa turystyczna. Nigdy wcześniej o takowej nie słyszałam, ale przyznam, że pomysł jest zajebiaszczy! Serio! Biegacz – przewodnik z własnym nagłośnieniem niemal przez całą trasę opowiadał ciekawostki związane z miejscami, które mijaliśmy na trasie. Przed nim i za nim jechały meleksy z głośnikami, aby zainteresowani biegacze – turyści mogli wszystko dokładnie usłyszeć. Przyznam, że całkiem to sprytne, bo zamiast na przebytych kilometrach, człowiek skupia się na tym co słyszy i widzi dookoła. Mam cichą nadzieję, że organizatorzy innych biegów powielą ten pomysł.

6

z serii – uchwycone w biegu, półmaratońska grupa turystyczna, fot. Joanna Schrade

Ponad 21 km trasa przebiegała głównymi ulicami miasta, z jednym niewielkim podbiegiem, w pozostałej części bez znacznych różnych wysokości, co sprzyjało biciu życiówek. Wzdłuż trasy ustawione były kilkuosobowe zespoły, wygrywające przeróżne utwory z kanonu muzyki klasycznej. Organizatorzy zadbali także o oprawę wizualną – liczne, podświetlone budynki sprawiały, że atmosfera podczas biegu była naprawdę wyjątkowa, a Wrocław był jeszcze piękniejszy. Cała trasa była bardzo dobrze zabezpieczona, służby mundurowe dbały o to, by dla biegaczy zawsze było „zielone światło”. Na trzech punktach odżywczych wolontariusze, wcielający się często w rolę kibiców żwawo podawali wodę i izotoniki, nowością dla mnie były kostki cukru ustawione na stołach niczym piramidy. Tuż za nimi punkty medyczne. Jedyne do czego tutaj można się przyczepić to plastikowe kubeczki z napojami, które na śliskim asfalcie dają nogom niezły poślizg. Tradycyjne banany zastąpione białym cukrem, to też nienajlepszy pomysł.

Do mniej więcej 7 km biegłyśmy stałym tempem, by po chwili już na stałe wyjść ze strefy komfortu. Kaśka zaczęła mieć problemy z żołądkiem. Czyżby wrocławska „Zemsta Faraona”? O szczegółach nie będę się rozpisywać… Przechodzimy do Galloway’a, inaczej nie ma szans pokonać całego dystansu. Moja towarzyszka wielokrotnie namawia mnie, bym leciała dalej sama. Oczywistym jest, że nie ma takiej opcji – przyjaźń i wspólny cel, są dla mnie więcej warte niż cyfry, o które tak wielu zabiega, a o których i tak szybko się zapomina.

Na mecie w pełni zasłużony, pamiątkowy medal z czarną szarfą. I tu kolejne ukłony w kierunku organizatora, który po licznych narzekaniach i „protestach” pojawiających się pod postem przedstawiającym trofea na mecie, dosłownie na kilka dni przed biegiem podjął decyzję o jego zmianie. Zaplanowana, trójwymiarowa bryła gmachu Narodowego Forum Muzyki, zastąpiona zostaje standardowym medalem.

Z medalem na szyi pędzimy (znów biegiem!) po depozyt. Godzina 1:10, nie jest dobrze! Za 30 minut odjazd autobusu do Warszawy. Kolejny raz tego wieczoru zadajemy sobie pytanie – co robić? Tramwaje chwilowo nie jeżdżą, samochody stoją, wszystko zakorkowane, biegiem nie zdążymy, nie ma szans. Licząc na cud, pakujemy się do taksówki – „Panie, zrób coś!”. Choć kierowca nie daje nam szans na punktualne dotarcie na dworzec, podejmuje wyzwanie. Łamiąc po drodze chyba wszystkie możliwe przepisy (…cholera, głupio byłoby tak zginąć w taksówce, kiedy tyle już przeszłyśmy – myślę sobie), o godz 1:39 docieramy na miejsce. Uff! dosłownie w ostatniej chwili, bo kierowca busa zamyka już drzwi. Spocone, zmęczone pakujemy się na ostatnie wolne miejsca. Po takiej dawce emocji zasypiam niemal od razu. Po ok 2 godzinach budzi mnie ból kolana. Nie myśląc długo biorę folię izo, rozkładam ją na podłodze w przejściu autobusu i kładę się z rozprostowanymi nogami (ach jak dobrze!). Po ponad 4 godzinach jazdy pociągiem, ponad 4 godzinach chodzenia, ponad 2 godzinach biegu i ponad 5 godzinach jazdy powrotnej, docieramy do Warszawy. Chyba zaczynam się starzeć, bo chwilowo mam dość wszystkiego…

Choć wszystko co zaplanowałyśmy udało się nam zrealizować, nad lepszą logistyką ewidentnie musimy popracować. Wiem jednak jedno – za rok wracam tu ponownie, tym razem z noclegiem i czasem na zwiedzanie.

Z tego miejsca chcę bardzo mocno podziękować wszystkim tym, którzy przyczynili się do sukcesu 4. PKO Wrocław Półmaratonu – organizatorom za profesjonalną organizację biegu, wolontariuszom za poświęcony wolny czas i wbrew pozorom ciężką pracę, za każdy kubek wody, za każdą kostkę cukru, służbom mundurowym za czuwanie nad naszym bezpieczeństwem, a przede wszystkim Grzegorzowi Kuczyńskiemu i Fundacji Białystok Biega za pomoc w spełnieniu marzenia! Gdyby nie WY, nas by tutaj nie było! Dziękujemy 🙂

2 przemyślenia o “4. PKO Wrocław Półmaraton – relacja

  1. No i pięknie 🙂 Gratsy dla Ciebie, oby dobra passa trwała nadal. I też potwierdzam, że organizacyjnie połmaraton pko stał na wysokim poziomie

Dodaj komentarz