Jak zostałam ogrodnikiem czyli świeże zioła w zasięgu ręki

W swoich przepisach często wykorzystuję zioła pochodzące z mojego balkonowego ogródka. Wiele osób pyta mnie o ten mój mały skrawek radości- co w nim rośnie, gdzie kupuję sadzonki, czym podlewam a także skąd zrodził się pomysł, by coś takiego stworzyć.

Zacznę może od tego, że nigdy nie miałam ręki do kwiatów. W swoim życiu udało mi się zasuszyć dwa kaktusy, inne rośliny spotykał podobny los, mimo iż pamiętałam o podlewaniu, zraszaniu, odżywianiu i tak dalej. Jedynymi roślinami, które od wielu lat mam w domu i które nie dość, że rosną, to jeszcze rosną jak szalone i naprawdę świetnie się trzymają, to Zamiokulkas zamiolistny, zwany potocznie „zamią”. Dla wszystkich co mnie znają prawdziwą zagadką jest, jak udało im się przetrwać w moich warunkach? Szczerze mówiąc, sama nie wiem, niemniej jednak, bardzo się cieszę, że są 🙂

Moja córka, Wika bardzo lubiła przebywać w piaskownicy. Był to dla niej istny raj na ziemi, cała reszta miejsc mogłaby nie istnieć. Nie ukrywam, że z wygody, postanowiłam, że zamiast latać na plac zabaw, na którym i tak nie byłam w stanie usiedzieć dłużej niż pół godziny, a na którym z racji pilnowania małego dziecka po prostu być musiałam, zrobię piaskownicę na balkonie. Balkon całkiem spory, więc idealnie. Kupiłam więc drewnianą obudowę i piasek. Szybko jednak okazało się, że nie był to najlepszy pomysł, gdyż nie dość, że prywatna piaskownica z nieograniczonym dostępem nie jest wcale tak atrakcyjna jak ta podwórkowa, to jeszcze piasek niemal w ilościach hurtowych lądował w domu, co powodowało, że odkurzacz włączałam kilka razy w ciągu dnia.

Ponieważ w kuchni bardzo często używam ziół, a które do tej pory pojedyncze rosły w małych doniczkach, pomyślałam, że piaskownica będzie idealnym miejscem, na  balkonowy ogródek. W Obi kupiłam więc agrowłókninę, którą wyłożyłam dno oraz boki piaskownicy, piasek zastąpiłam ziemią ogrodową, a w zioła zaopatrzyłam się w sprawdzonej szkółce ogrodniczej.  Zioła ze szkółek są dużo lepszej jakości, niż te, kupowane w zwykłym markecie,  cena porównywalna, czyli jakieś 5-6 zł, więc nie ma się co zastanawiać.

ogrodek3

Powiem tak – to był strzał w dziesiątkę! Nie ma nic lepszego, niż własne świeże zioła. Kiedy jest na nie zapotrzebowanie, zamiast gnać do sklepu, po prostu wychodzę na balkon.

Umiejętności w pielęgnowaniu nie są tu potrzebne. Skoro mi wszystko tak pięknie rośnie, to każdemu innemu też będzie. Wystarczy codziennie wieczorem podlewać, zwykłą wodą. Nie używam żadnych nawozów, bo po co.

W chwili obecnej mam dwa rodzaje mięty – pieprzową oraz marokańską, melisę, oregano, tymianek, bazylię, rozmaryn, miks sałat, rzodkiewkę, kolendrę, roszponkę, szczypiorek, pięć krzaków różnych odmian pomidorów, a ostatnio nowym nabytkiem stał się krzaczek papryki „Big Devil” o smaku tabasco! Mam także krzak czarnej porzeczki, kalamondynę oraz niewielkiego cytrusa.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma tyle miejsca na balkonie. Jednak dla chcącego, nie ma nic trudnego – piaskownicę można zastąpić korytkami lub zwykłymi doniczkami, efekt będzie taki sam, czyli świeże zioła w zasięgu ręki 🙂

2 przemyślenia o “Jak zostałam ogrodnikiem czyli świeże zioła w zasięgu ręki

    • Ponieważ zioła bardzo się rozrastają, nie przesadzam ich do doniczek i nie zimuję w domu, gdyż nawet nie miałabym gdzie ich trzymać. Można się wprawdzie pokusić o zrobienie rozsady, ale ja tego nie robię. Po prostu zostawiam tak jak są i dopiero na wiosnę wykopuję i porządkuję, robiąc miejsce na nowe sadzonki. W zeszłym roku byłam bardzo zaskoczona, gdyż niemal ze wszystkich ziół (z wyjątkiem bazylii) korzystałam aż do grudnia 🙂

Dodaj komentarz