Nie chcem, ale lecem…

Dziś był jeden z tych dni, kiedy zupełnie nie chciało mi się wyjść z domu. Pogoda paskudna, na dodatek co chwilę padał deszcz, do tego solidnie wiało, a ja tu na wieczór umówiłam się z Kaśką na bieganie. No i pewnie gdyby nie to, że jakbym jednak zdecydowała się pod tym przyjemnym i ciepłym kocem zostać, to pewnie tłumaczenie się później z tego, dlaczego z treningu zrezygnowałam trwałoby dłużej, niż samo bieganie.

Ubrana po raz pierwszy od Bóg wie jak długiego czasu w ciepłe ledżinsy (tzw. spodnie z puszkiem), koszulkę termiczną z długim rękawkiem i jeszcze bluzę, a do tego wygrzebany z szuflady poczciwy Buff, wygramoliłam się z domu.

Targana zimnym wiatrem z każdej strony mogę jedynie powiedzieć, że „trening odbębniłam”, bo dziś do tych przyjemnych to on nie należał. Niemniej jednak, wygrałam sama z sobą i to jest ważne!

Kate, Tobie także dziękuję 🙂

Dodaj komentarz